Piotr Surowiecki - prosto o rzeczach ważnych Piotr Surowiecki

Handel w niedzielę - zakazywać?

Czy zakaz handlu w niedzielę to dobry pomysł? Dla katolika wcale nie jest to oczywiste.

autor: Piotr Surowiecki | opublikowany: 2020-12-13 11:17

Tekst ten napisałem zaraz po uchwaleniu ustawy zakazującej handlu, stąd pewne rzeczy, które są obecnie faktem opisywałem w czasie przyszłym. Oprócz tego nie stracił on nic na aktualności. Przegłosowana przez Sejm ustawa ma ograniczyć handel w dużych sklepach. Nie obejmie ona m.in. stacji benzynowych, piekarni, lodziarni, cukierni, kwiaciarni, sklepów z pamiątkami, punktów handlowych na dworcach i lotniskach, a także małych osiedlowych sklepów. Z jednej strony mamy wolność ludzi, którzy potrafią sami zdecydować kiedy chcą zrobić zakupy, a z drugiej mamy próbę ochrony pracowników, którzy muszą pracować w niedzielę. Oto kilka refleksji, które - z braku miejsca - nie wyczerpują oczywiście tematu. W idealnym świecie widziałbym brak zakazu handlu, ale chciałbym też widzieć Polaków, którzy ograniczają zakupy do niezbędnego, awaryjnego minimum. Wszystko po to by zachować mądrą tradycję jednego świątecznego dnia w tygodniu: dnia odpoczynku, ciszy niedzielnego poranka, odetchnięcia od gwaru, wolnego dla pracowników, byśmy bardziej mogli skoncentrować się na rodzinie, na Bogu, na spotkaniach z innymi ludźmi, zapewnić konieczne wyhamowanie codziennego kołowrotka. Wyobrażam sobie, że wówczas jedna na kilka Biedronek w mieście byłaby czynna, a w środku, przy przygaszonych światłach, siedziałaby jedna osoba na kasie obsługując jakichś pojedynczych klientów. Bo są przecież sytuacje kiedy te otwarte sklepy bywają mniejszym złem. Choroba, awaria łazienkowa, pobyt poza domem, szpital - my w rodzinie nie robimy zakupów w niedzielę, ale kilka razy w roku w takich sytuacjach w sklepie się pojawiamy. I pewnie dzięki temu dużo mniej osób pracuje w niedzielę, bo inaczej te wszystkie awaryjne sytuacje musiałyby obsłużyć apteki, gastronomie, jakieś serwisy czy stacje benzynowe, które wymagają więcej personelu niż samoobsługowy sklep. Jest jednak dokładnie odwrotnie: zakaz uchwalono, a Polacy masowo w niedzielę robią zakupy nie-tylko-awaryjne. O czym to świadczy? O trzech rzeczach. Po pierwsze, jeśli jako katolicy nadużywamy możliwości robienia zakupów w niedzielę, to znaczy, że nie umiemy korzystać z wolności. Czy zakaz handlu nie jest dla dorosłych ludzi uwłaczający? Posłowie traktują nas jak dzieci, którym zabiera się zabawkę, aby nie zrobiły krzywdy sobie i innym. Smutne jest to, że daliśmy ku temu powody. Po drugie, Polacy chcą robić zakupy w niedzielę jak w każdy inny dzień. Warto przypomnieć, że tylko ok. 30% Polaków chodzi na niedzielną mszę, jest zatem dość prawdopodobne, że jeszcze mniej uważa zakupy w ten dzień za problem. Niedawno w "Niedzieli" i "Gościu Niedzielnym" abp Ryś i bp Dajczak przy okazji dyskusji o bierzmowaniu mówili jak dużym nieporozumieniem jest, aby ewangelizację zaczynać od wymagań etycznych. Najpierw Jezus, potem etyka. Spójrzmy prawdzie w oczy - z punktu widzenia katolickiego większość Polaków jest niewierząca, a Kościół jest dla nich jakimś rodzajem tradycji, folkloru, w którym czasem biorą udział. Ich trzeba ewangelizować, a my dajemy im kolejny zakaz. To trudno wyjaśnić w codziennych rozmowach. Że niby chodzi o pracowników? To czemu będą pracować fabryki, centra logistyczne czy tak niezbędne do życia kwiaciarnie, cukiernie albo stoiska z pamiątkami przy ośrodkach pielgrzymkowych? Po trzecie znów mam wrażenie, że traktujemy premiera jak mesjasza. Jako Kościół ustami różnych swoich przedstawicieli (kapłanów i świeckich) w dość alarmistycznym tonie naciskaliśmy na rządzących, aby uchwalili ten zakaz, a wysyłane komunikaty brzmiały co najmniej tak jakby to Beata Szydło była odpowiedzialna, że Polacy nie świętują niedzieli, a jak już zamknie tę Biedronkę, to wszyscy Polacy jak jeden mąż - zaczną. Przypomina mi się rozmowa z pewną koleżanką, która stwierdziła, że nie przeznacza pieniędzy na pomoc charytatywną, mogłaby w sumie oddać jakieś stare ciuchy, ale nie ufa tym firmom od kontenerów, natomiast dwa zdania później była autentycznie oburzona, że rządzący (jeszcze z POprzedniego rządu) nie robią nic konkretnego, aby pomóc głodującym w biednych krajach. I w związku tym myślę sobie, że politycy to bardzo pożyteczne osoby. Przecież gdyby nie oni to musielibyśmy zadać sobie trudne pytania, np. "Dlaczego ja, który żyję stosunkowo dobrze, nie poświęcę choć trochę moich pieniędzy dla umierających z głodu?" albo "Dlaczego mimo rozmów w pracy i rodzinie, mimo aktywności w mediach społecznościowych oraz głoszonych co tydzień kazań nie potrafimy nauczyć Polaków świętowania niedzieli?". A tak możemy spać spokojnie, bo przecież wiadomo, że to wina Tuska i Szydło.