Piotr Surowiecki - prosto o rzeczach ważnych Piotr Surowiecki

Przykład polskich osiągnięć

Wielkość narodu można mierzyć nie tylko bogactwem i odkryciami, ale i siłą ducha, która powoduje, że skazany na śmierć komendant Auschwitz godzi się z wyrokiem, nawraca się i pisze: "Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach".

autor: Piotr Surowiecki | opublikowany: 2020-02-07 21:00

Przeczytałem o tej historii w dwumiesięczniku "Miłujcie się", a dotyczy ona Rudolfa Hössa, Niemca, komendanta i zarazem organizatora obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Zbrodniarz ten, odpowiedzialny za niewyobrażalne ludzkie dramaty, cierpienia i śmierć setek tysięcy osób, został schwytany w 1946 roku i przekazany Polsce w celu osądzenia i skazania. I tu zaczyna się niezwykła historia. Zaczyna się od sędziego, który na początku głównej rozprawy powiedział: "Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek". Można powiedzieć, że to tylko urzędowe słowa, na pokaz, bo pewnie cały świat się tym procesem interesował, więc PRL chciał dobrze wypaść. Ale było wręcz odwrotnie, te słowa nie były życzeniem, one opisywały rzeczywistość. Spójrzmy co pisał Höss w liście z więzienia do żony: "Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…) okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka." Miesiąc po rozpoczęciu procesu, 2 kwietnia 1947 roku, zapadł wyrok, jedyny jakiego można się było spodziewać - wyrok śmierci. Höss przyjął go ze spokojem, nie skorzystał z możliwości proszenia o ułaskawienie. Na śmierć oczekiwał w więzieniu... w Wadowicach. Dwa dni później Höss, który - jak relacjonował rozmowę z nim prokurator Jan Mazurkiewicz - zrozumiał jak wielkie zbrodnie popełnił i dopiero w polskim więzieniu odnalazł w sobie człowieka, ten właśnie Rudolf Höss poprosił o spotkanie z katolickim księdzem. Tydzień później o. Władysław Lohn, biegle mówiący po niemiecku jezuita, odbył z nim wielogodzinną rozmowę. Po jej zakończeniu Niemiec złożył katolickie wyznanie wiary, powracając tym samym do Kościoła, a następnie wyspowiadał się ze wszystkich swoich grzechów. Po przyjęciu Komunii Św. następnego dnia, klęczał na środku celi wadowickiego więzienia płacząc. Dwa dni przed śmiercią Höss napisał: "Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: w osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniłem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie narodowi polskiemu wyrządziłem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało."
Więzień przed szubienicą
Rudolf Hoess tuż przed egzekucją, której dokonano na terenie obozu Auschwitz-Birkenau
Jak można mierzyć wielkość narodu? Można budowlami, można pieniędzmi, można odkryciami, można wygranymi bitwami. Mamy tu sporo osiągnięć, choć pewnie nie tyle ile byśmy chcieli. Ale czy nie zapominamy o tym co jest głównym posłaniem ludzi i narodów? Jest nim przecież wieczne szczęście, do którego ma prowadzić życie na ziemi. Jeśli jako Polacy potrafimy w tak spektakularny sposób nawrócić hitlerowskiego zbrodniarza, sprawić by się wyspowiadał i wrócił do Kościoła, to czy można o takich czynach zapominać, gdy ocenia się wielkość narodu? Myślę, że ta historia jest warta zapamiętania właśnie w obecnych czasach zamętu, gdy tracimy z oczu naszą tożsamość, a takie sytuacje - z PRL-owskiego przecież więzienia - pokazują jak bardzo jako Polacy jesteśmy (byliśmy?) przeniknięci duchem miłości i miłosierdzia, które wcale nie musi się kłócić ze słuszną karą. Więcej na ten temat: * "Nawrócenie Rudolfa Hoessa" - artykuł z "Miłujcie się" * "Niech pan pisze, panie Hoess?" - artykuł z "Polityki"